PRIVATE

Było, minęło(?) – nie zawsze było warto… 26 lat za mną

Najczęściej żyjemy, tu i teraz, rzadko myśląc o dalekiej przyszłości. Łatwiej się planuje na chwile, niż na całe lata. Łatwiej jest po prostu nie myśleć i żyć chwilą. Oczywiście w całym tym beztroskim życiu, każdy ma jakieś marzenia. Problem jednak w tym, że na marzeniach się kończy, bo jednak podjęcie jakiejkolwiek wiążącej decyzji wiąże się z konsekwencjami. Co ja tam mogę wiedzieć o życiu, skoro dopiero co odrosłam od podłogi? Ano, coś już wiem i pomimo wieku, przeszłam sporo. Nieraz dostałam po dupie, upadałam i dotykałam dna. Mimo wszystko, podniosłam się i dziś uznałam, że dokonam małego bilansu zysków i strat w ciągu mojego dotychczasowego życia. To już 26 lat na karku…

Pamiętacie te czasy, gdy za dzieciaka odliczało się do piętnastych urodzin? Potem do osiemnastych? Następnie do magicznej dwudziestki i dwudziestkipiątki? Mi na samą myśl, że tak robiłam, chce się śmiać. Tak bardzo chciało się być dorosłym, nie wiedząc o życiu dorosłych kompletnie nic. W myślach to wszystko miało być takie piękne, poukładane, bezproblemowe. Dopiero w zetknięciu z realnością wraca rozum do głowy.

Dla mnie zawsze takim momentem granicznym, do którego chciałam osiągnąć większość postanowień z listy było dwadzieścia pięć lat. I to nie było tylko takie „bo chcę”. Miałam zarysowany cały plan, gdzie chcę być i co chcę mieć w określonym momencie życia. Co roku, jednak moje osobiste plany trochę ewoluowały, czasem na plus, czasem myślałam, że na plus. Często mówię, że niczego w życiu nie żałuję, bo każda decyzja doprowadziła mnie tu, gdzie jestem. Jednak prawdę mówiąc, zawsze czegoś się żałuje, jakiejś decyzji, jakiejś znajomości, a najczęściej żałuje się bezczynności.

ALE JA BYŁAM GŁUPIA

Stosunkowo późno się ocknęłam, żeby zacząć działać i walczyć o swoje. Gdzieś tam, niby od początku starałam się tak robić, ale coś nie wychodziło tak jak powinno. Miałam tysiąc pomysłów, dobrze rozrysowane plany działania i(to czego żałuję!) brak pewności siebie, brak wiary we własne możliwości. Zamiast słuchać siebie, szukałam rad, u partnera, u rodziny, u znajomych, czasem też u wykładowców. Ale ja byłam głupia…

Ostatnie dwa lata w moim życiu, to istna rewolucja. Nabrałam pewności siebie, zaczęłam żyć tak jak chciałam. Ale co było wcześniej? Gdzie była moja pewność siebie? Czemu tak późno nauczyłam się funkcjonować w dorosłym życiu? Odpowiem krótko, bo tak byłam wychowywana, pod kloszem, z masą zakazów, jak w więzieniu, bez prawa do normalnego funkcjonowania, jak reszta rówieśników. Kiedyś zdradzę szczegóły życia w sekcie, na razie zbieram siły, żeby to z siebie wyrzucić i spisać… Ogólnie ciężki temat, aż łzy same do oczu się cisną…


TAK CHCIAŁAM ŻYĆ

Moje dzieciństwo i w sumie całe dotychczasowe życie nie należało do szczęśliwych. Oczywistym jest, że marzyłam o lepszym życiu, stabilnym, bez przemocy i manipulacji. W końcu, każdy o tym marzy prawda?

Stworzyłam mój ogólny plan na życie, z ustawieniem limitu wiekowego. Wiecie jak wyobrażałam sobie moje życie do dwudziestych piątych urodzin? Co chciałam osiągnąć?

Idąc na studia nie sądziłam, że jednego kierunku zrobi się kilka. W 2012 roku zaczęłam studiować Kulturoznawstwo, a rok później Filozofię. Równolegle studiowanie wciągnęło mnie na tyle, że chciałam zaraz po skończeniu jednego licencjatu iść na magisterkę, żeby nie tracić roku i później na kolejną magisterkę. Idąc tym planem, przez sześć lat studiów skończyłabym cztery pokrewne kierunki. Wszystko idealnie wyliczone do dwudziestych piątych urodzin.

Studia, studiami, fajnie by było mieć coś jeszcze, coś dużo bardziej wartościowego niż papierek z uczelni. Rodzina. Rodzina to było moje największe marzenie. Głównie dlatego, że ja tej rodziny, szczęśliwej rodziny, nie miałam. W temacie posiadania dzieci, a dokładnie odpowiedniego momentu ich posiadania, mam specyficznie krytyczne stanowisko. Bardzo chciałam mieć dzieci. Sytuacja idealna dla mnie, o jakiej marzyłam, to urodzić pierwsze dziecko po skończeniu licencjatów, a drugie po magisterkach. 25 lat na karku, studia skończone,dwójka małych dzieci w domu, chwila poświęcenia się macierzyństwu i powrót do realizacji swoich zawodowych celów. Plan doskonały!

Dlaczego? Po co tak się spieszyć? Cenię sobie swój czas. Wykorzystuję dobę do maksimum. Gdy dla jednych najważniejsze są imprezy i chęć zasmakowania życia, to ja wolę ten czas dobrze spożytkować i zająć się tym, na co idzie dużo życiowej energii. Po trzydziestce, albo czterdziestce nie ma się już sił, ani ochoty na zbyt wielkie rewolucje w życiu.

CO MI Z TEGO WYSZŁO?

Z planami już tak jest, że lubią się krzyżować, zmieniać, odkładać w czasie. O ile w kwestii studiów miałam wpływ na to, co się dzieje, to w kwestii partnera i możliwości posiadania dzieci to były czasy męki. Studia skończyłam. Co prawda, nie z takim bilansem jak chciałam, ale udało się osiągnąć dużo. Sześć lat i trzy kierunki studiów(dwa licencjaty i magisterka). Uważam, że dobrze spożytkowałam ten czas. Może nie zawsze byłam prymusem, czasem coś opuściłam, albo szłam na łatwiznę, byle by zaliczyć, ale najważniejsze, że dotarłam do mety. Czy to był jakiś wielki wyczyn? Nie! Wystarczyło po prostu się uczyć. Bo nie ma nic gorszego jak dostać się na studia, olewać wszystko, a później zdziwienie, że się zostało skreślonym z listy studentów.

A co z dziećmi? Gdy budzi się instynkt macierzyński, ciężko go zatrzymać. Jest jeszcze ciężej, gdy z każdą chwilą chcesz coraz bardziej zostać mamą, a od lekarza słyszysz, że będzie problem… Wiedząc o problemach, nie chcesz czekać do trzydziestki, aż pojawi się tych problemów jeszcze więcej… Problemy zdrowotne to jedno, u mnie był jeszcze problem z partnerem. Zamiast mnie wspierać, traktował jak rozkapryszone dziecko, oczekując ode mnie udowadniania, że ja się na matkę nadaję… Ale to już było, na szczęście. Nie zapomnę, jak rok temu, w urodziny, życzyłam sobie, żeby z nowym partnerem wszystko się pięknie układało, żeby być może w następne urodziny zobaczyć na teście dwie kreski. Nawet nie przypuszczałam, że ja już mogę być w ciąży. Dziś jak o tym myślę, to stwierdzam, że jednak naprawdę trzeba uważać, czego sobie życzymy…
Mam trzymiesięczną córeczkę, którą tulę pisząc ten post. Najpiękniejszy prezent niespodzianka od życia jaki mógł mi się trafić. Tak to już bywa, nigdy nie dostajemy od życia tego, czego chcemy w danej chwili.

WARTO BYŁO?

Zależy co. Zależy pod jakim kątem patrząc. Na pewno warto było walczyć o siebie, szkoda tylko, że tak późno zaczęłam. Nie każda decyzja ze studiami była przemyślana, nie każdy projekt był wart mojej uwagi. Nie każdy człowiek, który pojawił się w moim życiu, zasługiwał na moją obecność. Nieraz traciłam równowagę. Skupiałam się na studiach, cierpiał związek. Poświęcałam swój czas partnerowi, nie rozwijałam się i wiele projektów zawaliłam. Facet dziś jest, jutro go nie ma, a stracony czas nie wróci… Dopiero teraz to wiem. Dopiero teraz zmądrzałam. Z pewnością byłabym jeszcze dalej na drodze zawodowej, gdybym nie traciła czasu na toksyczne związki. Być może, gdybym nie słuchała tych wszystkich zajebistych doradców, nie byłabym ciągle na etapie tworzenia firmy, tylko już dawno miałabym dobrze rozwiniętą markę? Jednak ja już nie roztrząsam co było. Jest co jest, a ja jestem szczęśliwa z tego co mam.


26 LAT I CO DALEJ?

Odrobinę mnie przeraża ten fakt. Właśnie zaczynam moje drugie ćwierćwiecze! Lista planów do realizacji nadal jest długa. Jest tam wszystko, od błahostek dnia codziennego, po dalekie podróże po świecie. Jednak najważniejsze, że moje dziecko było zdrowe i szczęśliwe. Teraz nic innego nie ma znaczenia. A to czy moje plany zrealizuję za rok, za dwa, czy za dziesięć, to już sprawa drugorzędna. Wszystko przyjdzie z czasem. Priorytety też się zmieniają na przestrzeni lat i warto to brać pod uwagę.

W życiu trzeba się starać o dwie rzeczy: po pierwsze, aby zdobyć to, czego pragniemy, a po drugie, żeby potem umieć się tym cieszyć. Tylko najmądrzejszym udaje się to ostatnie.

– Logan Pearsall Smith