Wenus i Mars – nie dogadamy się

mezczyzni_z_marsa_kobiety_z_wenus

„Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus” pisał w swojej książce John Gray. I pomimo, że słowa te są jedynie metaforą relacji damsko-męskich, to  jest to metafora trafna, dogadanie się tych dwóch, jakże odmiennych światów, potrafi być niezłym wyzwaniem. Co prawda jest szereg metod i sposobów, dzięki którym możemy się dogadać, to w pewnych kwestiach jest to niemożliwe. Lepiej jest wtedy oszczędzić sobie czasu, nerwów i własnego zdrowia. Nie we wszystkim przecież musimy się zgadzać i rozumieć. A zrozumienia zawsze można poszukać u innych osobników z naszej planety 🙂

Jednak nie o książce Graya chcę pisać, przynajmniej nie teraz. Dziś postanowiłam zająć się tym co mnie przez ostatnie dni doprowadzało do szaleństwa. My kobiety to takie specyficzne stworzenia, potrafimy płakać na zawołanie, albo mieć załamanie nerwowe przez długi czas, co wkurza nasze najbliższe otoczenie, a głównie wkurza naszych partnerów. Podobno same nie wiemy czego chcemy, ale to głównie mężczyźni tak o nas myślą.

 

A jakie jesteśmy naprawdę?

 

JESTEŚMY SOBĄ

JESTEŚMY UCZUCIOWE (czasem kierują nami hormony)

RADZIMY SOBIE Z CHAOSEM ŻYCIA

MY – MATKI POLKI

POŚWIĘCAMY SIĘ DLA DZIECI I MĘŻA/PARTNERA

 

Co jest dla nas najważniejsze?

 

RODZINA

MIŁOŚĆ

KOMFORT PSYCHICZNY

PRACA MARZEŃ (niekoniecznie ta za milion zielonych)

SPOKÓJ ŻYCIA

 

My kobiety, mimo że z roku na rok podobno nasze życie jest coraz lepsze, to nadal często jesteśmy same w tym co nas dotyka, co nas boli, czego pragniemy. Zrozumieć potrafi nas tylko inna kobieta, która jest w podobnej sytuacji. I wiecie co? Nie można udawać, że wszystko jest ok. Robienie dobrej miny do złej gry nie działa na dłuższą metę.

Długo dusiłam w sobie moje marzenia. Najczęściej nie przyznawałam się do tego, co się dla mnie najbardziej liczy. A gdy ktoś pytał konkretnie, to zawsze odpowiadałam „nie, to nie dla mnie”. Robiłam wszystko na przekór. Nadszedł w końcu dzień, w którym nie wytrzymałam. Polały się łzy, zaczęłam głośno mówić o co mi chodzi. W niczym mi to nie pomogło, nie jest łatwiej. Można powiedzieć, że jest jeszcze ciężej. Wcześniej można było powiedzieć „coś mi wpadło do oka” i udawać przed wszystkimi, że jest dobrze.

I wiecie co? Jak chce się płakać, to trzeba płakać. Masz ochotę przeleżeć parę dni w samotności i się wyryczeć? Zrób to. Co jakiś czas trzeba się tak oczyścić. Dopiero gdy dotknie się dna, można się od niego odbić i iść dalej 🙂

PS. wracając do metafory planet – nie dogadamy się we wszystkim i trzeba się z tym pogodzić. Lepiej być sobą, niż na siłę próbować dostosować się do otoczenia 🙂