Remont domu – próbuję odczarować znienawidzone miejsce.

Rodzinny dom skrywa różne historie, od chwil pełnych radości do momentów grozy. Tak samo było u mnie. Szkoda tylko, że odkąd pamiętam, dom zamiast być bezpieczną przystanią, był miejscem, do którego wracałam niechętnie. Nienawidziłam go! Teraz cieszę się każdą spędzoną tu chwilą! 

 

Gdy rodzice wybierali projekt domu, nie było za bardzo w czym przebierać. Mama miała jakąś słabość do Zakopiańskich klimatów (mi się to mega nie podoba) i taki też projekt został zrealizowany. Całe szczęście w formie murowanej – i to by  był jedyny plus tego wszystkiego. Strzelisty dach, a co za tym idzie skosy w pokojach, okna ze szprosami, drewniana podłoga i schody wewnątrz domu, wykończenie „prowizorka” bez zwracania uwagi na komfort użytkowania, ciemnobrązowe meble, okna dachowe pozwalające zobaczyć co najwyżej niebo, a cały ten galimatias na bardzo wąskiej działce. Ogród – o ile to coś można by nazwać ogrodem – również pozostawiał wiele do życzenia. Świerkowe nasadzenia, cały teren w cieniu, zakwaszona gleba, więc i o rosnącą trawę było ciężko. Bardzo mały taras ulokowany na usypanej skarpie ziemi. Brak jakiegokolwiek miejsca do wypoczynku i zrobienia grilla. Od strony estetycznej nic mi się tu nie podobało, a to i tak było nic – zawsze można zrobić remont!

 

Dlaczego więc nienawidziłam tego miejsca? Bo za zamkniętymi drzwiami rozgrywała się tragedia – przemoc fizyczna i psychiczna. Nie chciałam tu żyć, nie wiązałam z tym domem żadnej przyszłości. A jednak, podjęłam się remontu i postanowiłam, że stworzę tu swoją bezpieczną przystań. Decyzja wynikała z zaistniałej sytuacji – po wielu latach walki o podział majątku, mama przejęła dom, a oprawca musiał się wyprowadzić. Otoczenie zostało oczyszczone, a to sprzyjało, by podjąć decyzję o remoncie.

 

Co prawda, konstrukcji domu zmienić się nie da (no chyba, że zburzyć i pobudować nowy 😀 ), ale mankamenty wewnątrz można dowolnie modyfikować. Budżet miałyśmy ograniczony, a plany remontowe spore, więc musiałam znaleźć sposób, jak to ogarnąć, aby efekt cieszył, a nie kosztował zbyt wiele…

 

 

Podejmując decyzję o remoncie domu, chciałam tu stworzyć idealne miejsce na odpoczynek od miejskiego zgiełku. Już od kilku lat moje życie toczy się w Trójmieście, a docelowo marzę o Warszawie, albo gdzieś jeszcze dalej, najlepiej w innej strefie klimatycznej 🙂 Dobrze jest mieć takie miejsce, gdzie można zaprosić znajomych, zrobić grilla, odpocząć i przede wszystkim być u siebie.

Początkowo remont robiłam na raty – przyjeżdżałam na weekendy i ogarniałam co się da. Dopiero wraz z rozpoczęciem wakacji, zaczęłam pracę nad domem dzień w dzień. Wynajmowanie kogokolwiek do pomocy nie wchodziło w grę. Mam ograniczone zaufanie do wszelkiego rodzaju specjalistów samouków, a na wykwalifikowaną ekipę nie było środków. Chociaż gdyby nawet były, to nie chciałabym tego – taka już jestem Zosia Samosia. To były bardzo pracowite studenckie wakacje! 🙂

 

 

Na pierwszy ogień poszły ściany – niegdyś gościły na nich brzoskwiniowo-pomarańczowe kolory, czyli masakra totalna… Najpierw wszystko pomalowałam na biało, aby zakryć niechciany kolor. Drugie malowanie to już była farba właściwa. Zgodnie z zasadą  „less is more” wypowiedzianą przez Miesa van der Rohe’a ograniczyłam się do wyboru trzech kolorów na ścianach w całym domu:  Śnieżka Dary Natury 173 Majowa konwalia, Śnieżka Dary Natury 191 Ogrodowe Dalie i Dulux Szara Poświata, czyli biel, kremowy i szary.  Wszystkie pomieszczenia domu miały stanowić spójną całość. Odmalowanie mieszkania w jasnych tonacjach działa cuda – wnętrze jest optycznie powiększone i jest zdecydowanie jaśniej. I co dla mnie najważniejsze jasne wnętrze jest po prostu eleganckie i daje możliwość nieograniczonych możliwości w kwestii doboru dodatków i dekoracji.

 

Syzyfową pracą okazał się jeden z pokoi na piętrze… Wchodząc do środka czuć było dym… Wniosek? Pęknięty komin! Problem istniał od wielu lat, jeszcze gdy byłam dzieckiem i już wtedy, należało rozprawić się z nim, a nie zamiatać pod dywan montując karton-gips… Idiotyzm, Imbecylizm, Kretynizm… Brak słów na tego typu prowizorki… Możecie sobie wyobrazić ile  słów na „k” leciało każdego dnia, gdy małymi krokami próbowałam się dokopać do śmierdzącego problemu!

Korzystając z okazji, skoro ściana i tak już była kuta, to postanowiłam przesunąć położenie kontaktu i gniazdka. Oczyma wyobraźni widziałam w tym miejscu wielką trzydrzwiową szafę, która niestety miała marne szanse, żeby się tu zmieścić. Na szczęście zastosowany zabieg pozwolił uzyskać dodatkowe miejsce, a lista szaf, które by się zmieściły ciągle rosła 🙂

 

Remont wnętrza domu był tylko jednym z kilku punktów na liście do wykonania na już. W domu praktycznie nie było mebli… a na jakiekolwiek sprzęty gospodarstwa domowego nawet nie było co liczyć. Powinny być, ale się wyniosły wraz z poprzednim lokatorem, który zabierał wszystko, co tylko mu się udało, a co się nie udało zabrać uszkadzał…

Meble, których kolor mi się nie podobał (ciemny brąz) malowałam na biało. Tak też przemalowałam stół w kuchni. Niestety nie było do niego krzeseł i tu pojawił się pierwszy większy wydatek. Nie chciałam kupować czegoś na chwile, nie lubię takich rozwiązań, bo w efekcie traci się więcej pieniędzy. Znalazłam krzesła idealne, wymarzone i musiałam je mieć . Postanowiłam jednak , że nie wydam na nie ani złotówki z budżetu remontowego, opłacając zamówienie ze stypendium naukowego.

Marzyła mi się wymiana wszystkich drzwi wewnętrznych, najlepiej szklane, biały połysk. Bardzo kosztowna sprawa i gdybym się na to skusiła to ładne kilka tysięcy bym musiała wydać. Odpuściłam sobie ten pomysł (może kiedyś, ale nie tu w domu, ale w mieszkaniu się na nie pokuszę). Na drzwi w domu znalazłam inny sposób – pomalowałam je na biało. To też mi zajęło dość dużo czasu – dziesięć sztuk drzwi, a do tego trzeba było pomalować każdą futrynę – tu wszystko było w brązie.

Teraz gdy patrze, na wszechobecną biel, utwierdzam się w przekonaniu, że remont domu był bardzo dobrym pomysłem. Jeszce duże jest do zrobienia, wielu mebli i sprzętów brakuje, ale stopniowo będę uzupełniać braki. Dotychczasowy efekt cieszy, a wraz z przepędzeniem niegdyś panującego tu przygnębiającego brązu pożegnałam też demona przeszłości. Zła aura jakby odeszła w mgnieniu oka.

„Jutro będzie lepiej” 🙂